Opublikowano:

„Scannerman” cz. IV Ani…

„Scannerman” cz. IV
Ani Walerian – ani też żaden z członków jego zespołu – nie potrzebowali notartialnej umowy, by ustalić i respektować uczciwy system gratyfikacji owoców ciężkiej, wspólnej pracy. Wystarczyło, że każdy z nich zlustrował pozostałych wspaniałym wynalazkiem, by wszyscy obdarzyli się wzajemnie bezgranicznym zaufaniem, a zarazem wiedzieli o sobie zbyt dużo, by próbować łamać „Gentleman’s Agreement”, które zawarli. Pomysłodawca przedsięwzięcia, ochrzczony przez zespół konspiracyjnie Scannermanem, miał wedle porozumienia otrzymywać czterdzieści procent dochodów z całego przedsięwzięcia. Pozostałe sześćdziesiąt zostało równo podzielone, po dwadzieścia dla programisty, sprzętowca, oraz grafika. Był to podział sprawiedliwy, ponieważ Walerian nie tylko zaplanował i zorganizował całe przedsięwzięcie, ale tażke właśnie on miał posługiwać się sprzętem i podejmować ryzyko z tym związane. Fachowcy natomiast, byli zobligowani do podejmowania się prac modernizujących projekt na każde ewentualne zlecenie Scannermana.
Gra w kasynie, do którego udał się początkowo, by szybko zarobić na świętowanie sukcesu i nagrodzenie zespołu, po tygodniu wydawała mu się już zbyt nieuczciwa. Poza tym, zaczęło brakować chętnych do porażki graczy, a krupierzy i pracownicy ochrony podejrzliwie łypali na ciemne okulary obdarzonego wyjątkowym szczęściem i talentem „żółtodzioba”. To przypomniało mu wielkie ambicje towarzyszące kulminacyjnej fazie tworzenia projektu i powagę całego przedsięwzięcia. Gdy więc niemal cała suma stu pietnastu tysięcy złotych uczciwie wygranych w pokera została roztrwoniona na przyjemności i zabawki dla uczestników projektu, Scannerman zaprosił wspólników na zebranie i dumnie ogłosił:
– Czego ludzkość od nauki domaga się najbardziej? – zapytał z uśmiechem, rozlewając whisky swoim gościom.
– Może leku na raka? – zaproponował grafik – chociaż pewnie już dawno został opracowany.
– Właśnie. Od razu uprzedziłeś moje kolejne pytanie. Podobnie jest z silnikiem na wodę, terapią genową, czy sztuczną inteligencją – powiedział stanowczo, po czym wypił spory łyk i usiadł.
– Powiem wam szczerze panowie. Ja osobiście w dupie byłem i gówno widziałem, ale za jedno ręczę. Epoka wynalazków służących społeczeństwu dawno się zakończyła. Teraz – westchnął – są tylko ułatwienia, dla poprawy ich wygody, by w słodkim lenistwie przestali się rozwijać. Co przyniosła nam ostatnia dekada? Nic… Od powstania Internetu, nauka nie podarowała zwykłemu człowiekowi ani jednego prawdziwego wynalazku!
– No teraz to dowaliłeś Waluś, a to? – wtrącił się Piotr, wyjmując z kieszeni najnowszego hujłeja – flagowy model reklamowany przez popularnego piłkarza-aktora.
– To zwykły komputer. Znacznie mniejszy i szybszy, niż kloce sprzed dziesięciu lat, ale nie jest to wcale wynalazek. Umożliwia to samo, co stare jednostki…
– Tylko sto razy szybciej, wszędzie i bezprzewodowo.
– Racja. Ale powtarzam, to tylko modernizacja. Prawdziwym wynalazkiem można nazwać jedynie takie urządzienie, które umożliwia człowiekowi dokonanie tego, czego wcześniej w żaden sposób nie potrafił osiągnąć. Natomiast nowoczesne samochody to modernizacja. Inteligentne lodówki, smart tv, video reality, i cała reszta badziewia ze „smart” w nazwie, to albo ulepszenie istniejących wynalazków, albo zwykłe zabawki.
– Jak silnik na wodę i lek na raka? – spytał złośliwie trzeci specjalista.
– Powiedziałem, że nie ma wynalazków dla społeczeństwa. Tylko dla wybranych i dla samej nauki. Gdyby każdy mógł tankować wóz w rzece albo w studni, co stałoby się z koncernami paliwowymi? Gdyby w aptece można było za pięć złotych – bo pewnie tyle kosztowałaby produkcja – kupić Ibuprom Rak, albo Nurofen AIDS, to kto zarabiałby ciężkie pieniądze za objawowe leczenie „nieuleczalnych” chorób w niemieckich klinikach? Świat jest paskudny i ludzie są paskudni – podsumował i polał następną kolejkę.
– No dobra, ale po co właściwie nam to mówisz? – zapytał Piotr.
– Ponieważ to – co my stworzyliśmy – nie jest zabawką, ani modernizacją, panowie. To prawdziwy wynalazek, innowacja. W dodatku bardzo niebezpieczny. Nie było niczego takiego wcześniej. I teraz musimy zdecydować… co z nim zrobić? Tesla z pewnością ujawniłby projekt i starał się szukać funduszy i wspólników do jego rozwoju, jako geniusz i ambitny wizjoner czułby taką potrzebę. Ale Tesla zmarł w nędzy. Edison natomiast, przetworzyłby nasz wynalazek na jakieś komenrcyjne, nieszkodliwe gówno, na przykład apki na smartfony. „W ilu procentach do siebie pasujecie, wybierz zdjęcia”- pierwszą taką działającą – i inne bzdury. Ale nasz wynalazek nie zasługuje na takie upośledzenie. Zbrodnią też byłoby zachowanie takiego cudu tylko dla siebie i dla drobnych profitów z jego użytkowania. Jedynym rozsądnym sposobem wykorzystania naszego wynalazku, jest dać go wybranym – jak lek na raka, albo „żywą protezę”. Tyle, że tym razem to od nas będzie zależało, kto posiądzie moc wglądu do cudzych umysłów. Nie koncerny, nie władza, nie korporacje. A wiecie dlaczego?
– Ponieważ takiego wynalazku nikt się nie spodziewał i nikt nie wiedział o naszych pracach nad nim – odpowiedział wytrącony z konsternacji technik. My zdecydujemy o kierunku rozpędu przedsięwzięcia.
Walerian trzykrotnie klasnął w dłonie i opróżnił szklankę.
– Dokładnie tak. Zaoferujemy nowy produkt od strony wolnego rynku. Znikąd. Bez niczyjej kontroli, bez tłamszenia. Patent, produkcja, propozycje. Pomyślcie tylko o popycie na nasze dzieło. Ocena zagrożenia terrorystycznego na lotniskach, na imprezach masowych, na granicach. Rekrutacje do firm, ocena lojalności! Testy kandydatów do służb, ocena stron w negocjacjach, nawet na najwyższych szczeblach! Pertraktacje i szczyty, rozmowy między graczami międzynarodowymi. Każda organizacja i każdy liczący się człowiek zapragnie sięgnąć do cudzej głowy. Zaskoczymy wszyskich, którzy zawsze chcieli to mieć, a nawet nie pomyśleli, że coś podobnego może powstać. My im to damy. Zdrowie!
#sciencefiction #opowiadanie #chwalesie #historia
Poprzednie części, oraz inne opowiadania znajdziecie na https://www.facebook.com/supertrzmiel