Opublikowano:

Ok, obiecałem, że skrobnę coś…

Ok, obiecałem, że skrobnę coś o tym czym jest dyscyplina zwana historią, czemu nie jest nauką i dlaczego mimo wszystko może nam coś powiedzieć o przeszłości. Tak się jednak składa, że w międzyczasie napatoczył mi się artykuł napisany przez Tima O’Neila na bardzo podobny temat.
Pomyślałem- po co mam się trudzić i pisać wszystko od podstaw skoro ktoś już to zrobił w bardzo dobry i przystępny sposób? Na dodatek poruszył kwestię, która jest mocno powiązana z przedmiotem naszych rozważań i do której kilkukrotnie nawiązywałem.
Dlatego też postanowiłem pójść na skróty i po prostu przetłumaczyć artykuł O’Neila. W tym wypadku pójście na łatwiznę absolutnie nie ma negatywnego wpływ na jakość przekazu. Myślę nawet, że autor artykułu który za chwilę przeczytamy wyłożył całą rzecz lepiej i sprawniej niż ja bym to zrobił.
Tłumaczenie nie jest dosłowne. Koncentruję się na tym żeby jak najlepiej przekazać i uwypuklić interesujące nas zagadnienia (stąd czasem dodaje przykłady etc.). Motyw przewodni artykułu, czyli instrumentalne używanie „historii” w dyskusjach światopoglądowych, też jest ciekawy dlatego zostawiłem całość.
W tekście często dodaje coś od siebie. Wiem, że nie powinienem i, że może to zaburzać przekaz autora, ale czasem prostu nie mogłem się powstrzymać. Mam nadzieję, że wybaczycie. Dla porównania podam link do oryginału.
W tekście dostaje się głównie ateistom, ale uczciwość nakazuje powiedzieć, że nie mają oni monopolu na, mówiąc brzydko, kurwienie historii. Zamiast ateistów i ich bajek możecie tam wstawić kogokolwiek i ich przekazy. Tak się jednak składa, że autora akurat głupota tej grupy boli najbardziej, bo sam się z nią utożsamia (grupą, nie głupotą).
Zanim zaczniemy, przybliżmy sylwetkę autora. To swoją drogą jedna z pierwszych rzeczy, którą należy zrobić przy krytyce źródłowej. Tim O’Neill jest magistrem literatury średniowiecznej, historykiem- hobbystą i bloggerem który zajmuje się głównie recenzowaniem prac historycznych poświęconych starożytności i średniowieczu. Jest aktywnym członkiem Australian Atheist Foundation i Australian Skepticts.
Polecam tego Pana i jego twórczość, linki na koniec tekstu. A my tymczasem, zaczynamy!
W kwietniu zeszłego roku, Grundy, autor bloga Deity Shmeity napisał posta pod tytułem „Historia to nie moja działka”. Był to komentarz do niedawno wydanej książki Barta Ehrmann’a „Did Jesus Exist? The Historical Argument for Jesus of Nazareth”, w której autor krytykował hipotezę Mitycznego Jezusa. W przeciwieństwie do współczesnych historyków, wielu ateistów uważa tę hipotezę za przekonującą i nie spodobała im się książka bardzo szanowanego Ehrmann’a, która ją krytykuje. Grundly napisał „Szczerze mówiąc mam nikłe pojęcie na temat tego czy Jezus istniał czy nie”, ale dodał „przychylam się do tego, że nie istniał”. Dał też do zrozumienia, że odrzuca to co mają na ten temat do powiedzenia historycy i inni uczeni zajmujący się tematem.
Napisał:
„Historia jest chujowa. Ok, to nie fair, ale to nigdy nie była moja działka. Moja pewność co do prawdziwości historycznych wydarzeń jest niska z powodu natury źródeł. Historia jest pisana przez zwycięzców i przekazuje głownie ich wersje. Książki są palone. Zapiski znikają. Komu mam ufać gdy chce się dowiedzieć co stało się 2 tysiące lat temu?”
Jako, że historia jest moją dyscypliną odpowiedziałem za pomocą krytycznych komentarzy wymierzonych w takie nastawienie i za pomocą argumentów o tym jak robi się historię (rozumianą tutaj jako dyscyplina akademicka). Grundy nie obraził się, a po zapoznaniu się z moimi wypowiedziami, poprosił o rozwinięcie argumentacji co niniejszym robię tym tekstem.Ateiści i analfabetyzm historyczny
Powinienem zacząć od tego, że jestem ateistą. Byłem ateistą całe swoje dorosłe życie i nadal nim pozostaję. Jestem także członkiem kilku ateistycznych i sceptycznych organizacji i mam udokumentowane 21 lat brania udziału w dyskusjach jako niewierzący. Zaznaczam to bo zauważyłem, że gdy zaczynam krytykować ateistów za ich brak zrozumienia historii albo historiografii, ludzie niejako automatycznie klasyfikują mnie jako teistycznego apologetę. Nie jest to prawda, ale dzieje się to cały czas.
Po 30 latach obserwowania i brania udziału w debatach historycznych z innymi ateistami mogą spokojnie powiedzieć, że większość z nich to historyczni analfabeci. Nie jest to cecha charakteryzująca tę grupę, bo historyczny analfabetyzm jest raczej normą niż wyjątkiem. Nie zmienia to jednak faktu, że gdy większość ateistów wypowiada się na tematy historyczne albo co gorsza próbuje używać argumentów wywiedzionych z historii w debatach na temat religii, prezentują wiedzę na poziomie ucznia szkoły średniej.
Nie jest to jakoś bardzo niezwykłe zważywszy na fakt, że większość ludzi po skończeniu szkoły średniej nie uczy się więcej na temat historii. Niestety, ale znaczy to, że ich zrozumienie historycznych postaci, tematów lub wydarzeń jest oparte na wpół zapomnianych lekcjach, dokumentach z TV i kulturze popularnej, przede wszystkim książkach i filmach.
Co gorsza znaczy to także, że ateiści (podobnie jak większość ludzi) mają pojęcie o tym jak robi się historię i jaka jest jej metodologia również na poziomie szkoły średniej. Czyli nie ma jej wcale albo prawie wcale. Poza kilkoma chwalebnymi wyjątkami, nauczyciele historii ograniczają się zazwyczaj do zmuszania ludzi do wkuwania dat i wydarzeń dotyczących tematu, który aktualnie omawiają na lekcji.
Na tym poziomie w zasadzie nie porusza się tematu skąd wiemy to co wiemy, jak do tego doszliśmy i jakie jest prawdopodobieństwo tego, że ta rekonstrukcja może mieć coś wspólnego z rzeczywistością. Prowadzi to do tego, że z czasem przeciętnemu ateiście (tak jak innym ludziom) zaczyna świtać, że skoro historia nie jest taka prosta, jasna i oczywista jak przekazywał to pan Wilikins, nauczyciel, to znaczy, że jest jednym wielkim szwindlem i należy ją całkowicie odrzucić.
To odrzucenie może być nawet częstsze wśród ateistów ponieważ wielu (oczywiście nie wszyscy) z nich jest zainteresowana nauką. Nauka, w porównaniu z historią jest o wiele pewniejsza w swoich założeniach. Możesz stworzyć hipotezę i przetestować ją w praktyce. Możesz faktycznie czegoś dowieść. Hipotezy naukowe żeby były naukowe, muszą być falsyfikowalne. W tym zestawieniu historia wygląda na „hand-vawing” [nie miałem pojęcia jak to dobrze przetłumaczyć jednym słowem- jest to udawanie że efektywnie robi się coś ważnego, podczas gdy tak naprawdę nie robi się nic albo tylko pozoruje działania] gdzie każdy może mówić co chce i jak chce.Historia i Nauka
Tymczasem jednak historia jest pełnoprawną, rygorystyczną dyscypliną akademicką ze swoimi własnymi regułami i metodologią, czym przypomina naukę. Nie znaczy to jednak, że JEST nauką. Czasem jest określana jako nauka, zwłaszcza w Europie, ale ma to sens tylko w szerszym znaczeniu tego słowa, czyli „systematyczne i metodyczne dochodzenie do wiedzy”. Zanim jednak przejdziemy do tego jak działa historia rzucimy okiem na naukę [Oczywiście opis metody naukowej tu zawarty jest sporym uproszczeniem i spłyceniem].
Nauka jest w dużej mierze oparta na zasadach rozumowania indukcyjnego i prawdopodobieństwa logicznego. I tak na przykład: myszy, które otrzymały zastrzyk pewnej substancji tracą na wadze. Na tej podstawie można wyciągnąć wniosek, że substancja ta redukuje apetyt. Prawdziwość tego wniosku można sprawdzić za pomocą doświadczeń, w trakcie których wyklucza się inne wytłumaczenia- na przykład, że ta substancja zwiększa szybkość przemiany materii albo, że myszy traciły apetyt bo zestresowały się zastrzykiem.
To wszystko jest możliwe dzięki oparciu nauk o pewne dobrze sprawdzone prawa, co z kolei pozwala na stosowanie indukcji. Dlatego też jeśli coś działa w określony sposób na nasze przykładowe myszy dzisiaj, to spokojnie możemy przyjąć, że będzie działać w ten sam sposób jutro. Eksperymenty te mogą potwierdzić inni badacze. Jest to możliwe dzięki temu, że przedmiot badań jest mierzalny, a eksperyment można kontrolować i powtarzać. To z kolei pozwala nauce wyciągać daleko idące wnioski i konstruować teorie naukowe [nie są to jednak teorie w potocznym tego słowa znaczeniu].
Niestety, ale żadna z opisanych wyżej rzeczy nie ma zastosowania przy historii. Wydarzenia, niezależnie od tego czy wielkie czy małe, wydarzają się raz i już ich nie ma. Historycy mogą coś o nich powiedzieć tylko na podstawie śladów, które pozostawiły w źródłach (jeśli akurat mamy farta). Niestety, ale w przeciwieństwie do badaczy myszy, historyk nie może dokonać serii laboratoryjnych testów symulujących przyczyny i okoliczności upadku Rzymu.
W większości przypadków nie może nawet obserwować zjawisk i na tej podstawie wyciągnąć wniosków. Taki zoolog tymczasem może obserwować zachowanie grupy goryli i je analizować. Jakby tego było mało to prawa i zasady rządzące procesami historycznymi nie są dobrze poznane (o ile w ogóle istnieją i da się je zdefiniować). To z kolei nie pozwala przeprowadzić symulacji. Nie możemy, na przykład, sprawdzić tego jak upowszechnienie się prasy drukowanej wpłynęło na upadek Napoleona. Fizyk teoretyczny tymczasem może zrobić symulację dla powiedzmy ruchów planet w bardzo odległym układzie albo dla zjawisk związanych z gwiazdami, które dawno przestały istnieć.
Wszystko to sprawia, że wielu ateistów [i ludzi w ogóle] odrzuca historię jako coś czego nie da się udowodnić naukowo. Automatycznie uznają zatem, że jej związki z rzeczywistością są bardzo wątłe albo wręcz żadne. To bardzo radykalne podejście do sprawy i bardzo rzadko jest ono konsekwentne. Wielokrotnie mówiłem osobom, które deklarowały takie poglądy, że jakoś nie przeszkadzają im one czytać prasy i, do pewnego stopnia, wierzyć w to co przeczytały. Tymczasem w myśl tych poglądów powinni być tak samo sceptyczni co do relacji o wypadku ze wczoraj jak i do rewolucji sprzed 400 lat. [Albo do tego co mówi koleżanka z pracy o swoim wakacyjnym wypadzie na Majorkę].Metoda
To, że historia nie jest nauką nie znaczy jednak, że nie może i nie jest wstanie powiedzieć nam czegoś o przeszłości z dużą dozą prawdopodobieństwa. Już pierwsi historycy, tacy jak Herodot, zastanawiali się jak oddzielać ziarno od plew, skąd brać informacje i jak je weryfikować. Dzisiejsza, systematyczna metodologia zaczęła się na dobre rozwijać dopiero w XVIII wieku i bazuje na technikach Bartholda Niebuhra i Leopolda von Ranke. Jest ona oparta na trzech fundamentalnych krokach, z których każdy ma swój własny zestaw technik.
1. Heurystyka- polega na identyfikowaniu materiału który może być istotny jako źródło informacji na dany temat. Tyczy się zarówno tych najbardziej oczywistych, jak na przykład źródło z epoki opisujące wydarzenia którymi chce zająć się historyk czy późniejsza kronika zawierająca tego typu informacje.
Równie dobrze mogą to jednak być mniej oczywiste, a nie mniej przydatne źródła- na przykład dominujące wówczas mody literackie, które mogą pomóc zidentyfikować na ile przekaz z interesującego nas źródła jest odbiciem sposobu w jaki opowiadano wówczas o wydarzeniach, a na ile próbą spisania autentycznych wydarzeń [i stąd mamy na przykład turbosłowiaństwo, bo przecież hurrrr Kadłubek, durr Prokosz].
Źródła nie muszą być pisane i równie dobrze mogą to być na przykład monety, dzieła sztuki czy przedmioty codziennego użytku. Ba! Źródła nie muszą być nawet materialne- przysłowia, ustne przekazy albo wierzenia z epoki to też pełnoprawne źródła. Czasem wierniejsze od pisanych.
Słowo klucz w tym wypadku to istotne. Określenie tego co przydatne i istotne oraz idące za nimi ustalenie wiarygodności i hierarchii wymaga doświadczenia, obycia i wiedzy. No ogólnie, dużego skilla.
2. Krytyka- jest to proces w którym historyk bierze zebrany materiał pod lupę i stara się oddzielić ziarno od plew, czyli zbadać autentyczność działalności ludzkiej (źródła) które go interesują i które uznał za istotne.
Autentyczność dzieła gra tutaj kluczową rolę. Historyk zadaje takie pytania jak: czy źródło jest tym czym się prezentuje? Czy jest wiarygodne? Jak ma się do toczonych wówczas sporów? Jakie są uprzedzenia i ograniczenia autora źródła? Jaki są okoliczności powstania źródła? Z jakich środków korzysta autor? Pytań jakie zadać musi historyk żeby dojść do czegoś sensownego jest oczywiście o wiele więcej.
Jeśli chodzi o źródła archeologiczne, sztukę i architekturę to kluczowe jest osadzenie ich w kontekście czasów które nas interesują i społeczeństwa w jakim funkcjonowały. Do tego z kolei potrzebujemy ogólnej wiedzy o epoce.
3. Synteza i przedstawienie- polega na zebraniu materiału i konkluzji wynikających z pracy ze źródłami i spójne ich opisanie, przy zadbaniu o to, żeby tworzone stwierdzenia miały swoje oparcie w źródłach poddanych krytyce.
Zasadnicza różnica między metodami uprawiania historii a tymi stosowanymi w nauce polega na subiektywizmie. Zarówno naukowcy jak i historycy dochodzą do efektów swoich badań w sposób metodyczny i usystematyzowany. Historycy w o wiele większej mierze są jednak skazani na subiektywną ocenę efektów swojej pracy. I ten subiektywizm jest czymś co bardzo mocno odróżnia historię (i inne dyscypliny wiedzy oraz nauki społeczne) od nauki [też niedługo wrzucę kilka tekstów na ten temat].
Dlatego historia nie polega wcale na określaniu tego co bezdyskusyjnie stało się w przeszłości. Jest to po prostu niemożliwe, poza suchymi faktami w stylu ”Adolf Hitler urodził się 20 kwietnia 1889 roku”. To co można ustalić ponad wszelką wątpliwość jest jednak mocno ograniczone.
Jeśli chodzi o całą resztę to historycy starają się dać jak najlepszy, najprostszy, najbardziej zgodny z tym co wiemy o epoce, okolicznościach, ludziach, społeczeństwie i świecie oraz, last but not least, najbardziej prawdopodobny obraz zdarzeń. Innymi słowy starają się dać jak najlepsze wyjaśnienie dla zebranego materiału przy jak najmniejszej liczbie wstępnych założeń. Oznacza to, że zasada ekonomii myślenia, zwana również @Brzytwa_Ockhama jest kluczowa w analizie historycznej.
Historyk zawsze powinien przedkładać najprostsze wyjaśnienie, biorące pod uwagę zgromadzone dowody, nad wszystkie inne.
To z kolei prowadzi nas z powrotem do punktu od którego wyszliśmy, czyli historyczności Jezusa. O wiele prostszym i znajdującym lepsze odbicie w źródłach i naszej wiedzy jest wyjaśnienie, że chrześcijańskie pojmowanie Jezusa jest oparte na autentycznie istniejącej postaci, będącej [w ujęciu historycznym, sekularnym] kimś w rodzaju żydowskiego świętego męża/ proroka/ nauczyciela religijnego, który został zabity w okolicach 30 roku po narodzeniu Chrystusa [ehh, te błędy w datowaniu].
Ludzie tymczasem podejmują inne próby mające tłumaczyć to zjawisko. Początków wierzeń w Jezusa doszukują się w przekonaniach hipotetycznie istniejącej żydowskiej sekty, która oddawała cześć pewnej czysto niebiańskiej istocie. Ich zdaniem w wyniku ewolucji wierzeń i historycznych przeinaczeń, ta rzekomo istniejąca niebiańska istota została niejako „uhistoryzowana” i tak powstał Chrystus.
Problem polega na tym, że nie ma dobrych dowodów na istnienie sekty wyznającej tego typu przekonania. Brak również przekonywujących dowodów na to, że sekta taka zniknęła by bez najmniejszych, łatwych do prześledzenia tropów. Dlatego też cała hipoteza Mitycznego Jezusa jest odrzucana przez historyków- takie myślenie po prostu nie jest zgodne z zasadą ekonomii myślenia i wymusza na nas myślenie ad hoc i „a, co jeśli”.
[Ważna uwaga: nikt nie mówi, że nie mogło tak być. Jasne, że mogło- my jednak nie mamy wiarygodnych źródeł wskazujących, że mogło. Bez tego ciężko w ogóle mówić o historii i ktoś może zapytać: “hej czemu nie uznać, że Jezus był wielbłądem, który ocalił grupę żydów ofiarując im swoje mleko jako kolację i ratując zagrażającego im gada? Potem mitologia poszła w ruch i zrobiła z niego zbawcę świata”.]Dlaczego ateiści (czasami) nie rozumieją historii?
Ogarnięcie opisanego przed chwilą procesu analizy historycznej wymaga przygotowania [wiedzy], praktyki i w pewnym stopniu, umiejętności. Bez tego łatwo można skończyć z czymś co nieco przypomina analizę historyczną, ale kończy się totalnie wadliwymi [ja bym powiedział, że odjechanymi] wnioskami.
Weźmy pierwszy krok, heurystykę. Spotkałem wielu ateistów którzy odrzucają historyczność Jezusa gdyż „brak wiarygodnych wzmianek o nim z jego czasów, a te które są to późniejsze pogłoski” albo „nie ma żadnych relacji naocznych świadków”. W skrócie- odrzucają wszystkie źródła traktujące o Jezusie gdyż nie pochodzą one dokładnie z czasów w których żył ilub nie są dziełem naocznych świadków.
[Pomijają przy tym fakt, że ewangelie, jakkolwiek niedoskonałe bo są tekstami religijnymi, powstały na bazie m.in. ustnych przekazów o Chrystusie].
Problem polega na tym, że gdy zastosujemy tę samą zasadę do innych postaci historycznych z czasów przed nowożytnych to… okaże się, że musimy niemal całkowicie wyrzucić do kosza studiowanie historii świata przed XVI wiekiem. Tak się składa, że źródeł spełniających wspomniane przed chwilą kryteria nie ma prawie wcale dla czasów średniowiecza i starożytności. Jeśli chcemy być konsekwentni to musielibyśmy odrzucić niemal wszystkie z nich, a to jest totalnym absurdem.
Tak na szybko- nie mamy żadnych źródeł spełniających w/w kryteria dla osób daleko znaczniejszych dla czasów w których żyli. I tak na przykład musielibyśmy powiedzieć „żegnajcie!” wszystkim pracom dotyczącym na przykład Hannibala. Zgodzicie się chyba, że wywarł on większy wpływ na świat w okresie swojego życia niż wiejski kaznodzieja Jezus [żeby nie było- ostatecznie to Jezus wywarł XXX razy większy wpływ na dzieje świata no, ale mówimy tutaj o wpływie za życia]?
Bardzo podobne, podstawowe błędy są często udziałem ateistów w przypadku drugiego kroku czyli krytyki źródłowej. I tak na przykład internet i publikacje papierowe są zapchane ponurymi obrazami bestialstwa inkwizycji. Mamy całe książki wypełnione szczegółami na temat dzikich tortur i smutnych losów setek tysięcy niewinnych ofiar skazanych na stos przez bezlitosny kościół katolicki.
Cały cymes polega na tym, że przed XX wiekiem powstało dużo literatury która totalnie pomijała krytykę źródłową i brała informacje zawarte w źródłach za pewnik. Było to szczególnie widoczne wśród autorów anglosaskich (to jest protestanckich). Źródła na których się opierali pochodziły głównie z XVI i XVII wieku i były paszkwilami pisanymi przez angielskich protestantów. Anglia znajdowała się wówczas w ostrym konflikcie z Hiszpanią na niemal każdym polu (politycznym, religijnym i ekonomicznym).
Branie tego co pisali anglosascy/ protestanccy autorzy za wiarygodne bezkrytycznie i bez konfrontacji z innymi źródłami, jest nie najlepszym pomysłem. Zaowocowało mocno wykrzywionym obrazem. Na szczęście studia nad innymi źródłami, w tym nad archiwami samej inkwizycji, pomogły zrewidować ten obraz.
W rezultacie wiemy, że 160 lat działania inkwizycji w Hiszpanii zostało okupione od 3 do 5 tysiącami egzekucji. Wbrew temu co pisali tacy geniusze jak Henry Charles Leas, którzy bezgranicznie ufali swoim źródłom, ofiar nie było kilkaset tysięcy. Ateiści przejęli te poglądy bo pasowały im do tezy, ale fakt jest taki, że są one mało historyczne.
[Chyba, że uznamy, że inkwizytorzy i ramię świeckie domyślili się, że za X wieków ktoś zacznie szperać w archiwach dlatego postanowili je sfałszować. Godna podziwu zapobiegliwość].
Wreszcie synteza i przedstawienie wymagają chociaż próby obiektywnego spojrzenia na sprawę. Osobnik analizujący źródła może mieć swoje własne, mocne przekonania na sprawę, co bardzo negatywnie wpływa na rzetelność i prowadzi do przedkładania prawdopodobnych wniosków zgodnych z jego światopoglądem nad inne, nieraz bardziej prawdopodobne. Co gorsza te przekonania mogą sprawić, że cały proces został przeprowadzony pod z góry założoną tezę i autor na dzień dobry wykluczył wszystko co mu do niej nie pasowało.
Historycy dwoją się i troją żeby uniknąć tego typu rzeczy albo chociaż zminimalizować ich wpływ [przynajmniej powinni jeśli chcą być wydawani przez prestiżowe wydawnictwa i publikowani w dobrych periodykach]. Niestety, nie zawsze można to powiedzieć o osobach biorących aktywny udział w dyskusjach światopoglądowych [albo, co gorsza, internetowych gównoburzach].
Zbyt często wielu ateistów przy okazji polemik dotyczących przeszłości selekcjonuje materiały tak aby wspierać swoją antyreligijną narrację. Jednocześnie pomijają albo lekceważą wszystko co może wskazywać, że nie było tak jak twierdzą albo, że kwestia jest bardziej złożona. Nie można tego traktować jako rzetelnego podejścia do historii- w zasadzie jest to propaganda której funkcją jest nawracanie na jedynie słuszne poglądy (zazwyczaj i tak jest skierowana do już nawróconych).
Dobrym przykładem jest historia nauki. Do początków XX wieku popularne było przekonanie, że można ja streścić jako zmaganie racjonalnego postępu z religijną ciemnotą. Narracja wyglądała mniej więcej tak: przez wieki grupa oświeconych i myślących uczonych/ naukowców, motywowanych szlachetnymi pobudkami, chciała pchnąć ludzkość do przodu. Niestety przeszkadzała im w tym tępa tłuszcza sterowana przez głupców opętanych religijnymi urojeniami.
W XX wieku, kiedy historia nauki na dobre się narodziła [jej początki sięgają XIX wieku], poglądy te zostały zrewidowane a conflict thesis [mniej więcej streszczona w akapicie wyżej] została w dużej mierze odrzucona. Wśród współczesnych historyków dominuje inne podejście. Jest ono bardziej zniuansowane, próbujące uwzględnić szerszy obraz i nieufne wobec wielkich narracji budowanych na kilku wątkach.
Historycy skłaniają się do zdanie, że choć dochodziło do konfliktów, to rzadko można je ująć w proste ramy „ciemna religia vs oświecona nauka”. Ponadto były to raczej wyjątki, a nie reguła [nie wspominając już o tym jak głupie jest przenoszenie stosunków chrześcijaństwo- nauka na kategorię religia- nauka. Co z buddyzmem, tao, hinduizmem, bon, szinto i ich niezliczonymi odnogami/ nurtami?]. Obiektywizm, Uprzedzenia i Historyczne Bajki
My ateiści i wolnomyśliciele często nabijamy się z wierzących jako tych którzy nie myślą racjonalnie, nie są w stanie krytycznie podejść do tematu i mają tendencję do kurczowego trzymania się swoich idei nawet gdy dowody jednoznacznie wskazują, że jest inaczej. Niestety, o wiele łatwiej jest gadać o byciu racjonalistą i krytykować innych za przeciwną postawę, niż faktycznie być racjonalnym. Każdy ma swoje uprzedzenia i każdy podlega efektowi potwierdzenia- tendencji do faworyzowania informacji które potwierdzają nasze przekonania.
Jest to po prostu wrodzona cecha i ciężko od niej uciec nawet gdy jesteśmy jej w pełni świadomi. To znaczy, że ateiści mogą zachowywać się dokładnie tak jak wierzący w przypadkach gdy chodzi o atrakcyjne dla nich idee. Często są gotowi przyjmować je bezkrytycznie, bronić przed dowodami albo przesłankami, że było albo mogło być inaczej. Ateiści tak samo lubią proste, pasujące im do tezy historie i przedkładają je nad bardziej szczegółowe, zniuansowane i skomplikowane, ale nie pasujące im do światopoglądu.
Stąd bajka o średniowiecznym kościele nauczającym, że Ziemia jest płaska i bohaterskim Kolumbie, który płynąc do Ameryk udowodnił, że prymitywne biblijne przesądy są nieprawdziwe, ma się dobrze. Niestety- ma ona mało wspólnego z rzeczywistością. Jest naprawdę źle. Sam znam wielu inteligentnych i wyedukowanych ateistów, którzy jak katarynki powtarzają nieprawdziwe historie bez żadnej dozy krytycyzmu.
Choćby tę o zacofanym kościele, rzucającym się Rejtanem na drodze postępowi. Co gorsza- gdy kontrowałem te błędne wyobrażenia przedstawiając dowody, na przykład na to, że katolicy epoki średniowiecza wiedzieli i nauczali, że Ziemia jest sferą, a mit Płaskiej Ziemi został wymyślony przez pisarza Washingtona Irvinga w 1828 roku, spotykałem się ze sprzeciwem i niechęcią do przyznania się do błędu.
Pasujące do tezy baśnie, takie jak ta o chrześcijanach dewastujących Bibliotekę Aleksandryjską (nie zrobili tego) albo zabijających Hypatię ponieważ kochała ona naukę i wiedzę (też nieprawda) mają bardzo dużą siłę perswazji. Dlatego też wielu ateistów jest gotowych dać się pokroić żeby tylko nie przyznać, że opowieści te mają raczej mało wspólnego z rzeczywistością. Nawet gdy przedstawi im się dowody. Cóż religijni fundamentaliści nie mają wyłączności na bycie dogmatycznymi jeśli chodzi o wiarę w mity.
Jednym z głównych celów historii jest zrozumienie czemu świat w którym żyjemy wygląda tak jak wygląda i co i dlaczego mogło mieć na to wpływ. Żeby miało to jednak jakikolwiek sens i było choć trochę możliwe to musimy co nieco wiedzieć o tym jak działa historia, jak ją badamy i jak używamy materiałów źródłowych.
Jest jeszcze jeden warunek: na zebrany materiał musimy patrzeć najobiektywniej jak to możliwe. Podchodzenie do niego ze z góry założoną tezą nie da nam dobrych rezultatów. Ateiści którzy próbują instrumentalnie używać historii w swoich dyskusjach robią to źle i wyglądają na tak samo niedoinformowanych albo dogmatycznych jak fundamentaliści. I nie jest to przyjemny widok.Link do oryginalnego artykułuLink do starego bloga Tim’a Link do nowego bloga Tim’a
PS. Tekst bez zwyczajowej korekty u @robson7, chciałem wrzucić jak najszybciej. Wyczaisz błąd? Zgłoś (pięknie proszę).
PS.2 Jak ktoś ma jakieś zażalenia do tekstu co do zawartych w nim opisów i prezentacji to kierować je tutaj
PS.3 Mam nadzieję, że nikt nie powiesi mnie za wstawki i brak wierności w tłumaczeniu
#gruparatowaniapoziomu #chrzescijanstwo #katolicyzm #niedoszlahistoria #historia #4konserwy #neuropa #ateizm #zainteresowania
Tim O’Neill patrzący z niesmakiem na poziom świadomości historycznej wśród internetowych dyskutantów (koloryzowane)

Powered by WPeMatico