Opublikowano:

#historia #starefotografie…

#historia #starefotografie #usa #gruparatowaniapoziomu

zapraszam do tagu #spamhistoriausa

Gdy myślimy o amerykańskim dyliżansie mamy przed oczami obraz rozpędzonego wozu, koni w galopie i szalonego woźnicy poganiającego rumaki. Cóż… nie do końca tak było.

Pierwsze dyliżansy wiozące podróżnych pojawiły się w Stanach Zjednoczonych na terenie Nowej Anglii w 1744 r. Jednak największy rozwój i boom na ten środek transportu nastąpił w latach 30. XIX w. kiedy to w samym Bostonie działało ponad stu przewoźników.

Podróż takim środkiem transportu nie należała do wygodnych ani szybkich. Często dyliżans jechał nie szybciej niż 10-15 km/h w zależności od pogody, jakości drogi, koni i sprawności woźnicy. Konie w pełnym galopie były tylko na odcinku przed jakimś większym miastem. Mark Twain określił taką podróż jako „zabawę w kołysce na kołach”. Nietrudno sobie wyobrazić jak mogło to wyglądać. W środku nie było wygód. Pasażerowie byli ściśnięci i podróżowali często w obłokach kurzu wzbijanego przez koła pojazdu. John Pleasant Gray tak opisał swoją podróż „linią ekspresową” w 1880 r.: „Na zawsze pozostanie zagadką, ilu pasażerów można wcisnąć do wozu (…) Gdyby nie długie odcinki, gdy konie musiały odpocząć, a my wydostać się na zewnątrz dyliżansu wydaje się, że nie przeżylibyśmy podróży”. Bywało, że pasażerowie mdleli od gorąca panującego wewnatrz wozu i wciskającego się w płuca kurzu. O higienie można było zapomnieć, podobnie jak o spaniu (chyba, że przez chwilę, na siedząco) i… jedzeniu, bo „stacje” nie oferowały posiłków. Niemniej jednak dyliżans był dość popularną formą podróży na amerykańskim Zachodzie. Zwykle w wozie było od 10 do 12 miejsc siedzących, a dyliżansy typu Concord oferowały jeszcze miejsca na dachu pojazdu.

Dla większej wygody można było siąść obok woźnicy (zwanego Jehu) ale miejsce to należało albo wcześniej zarezerwować w firmie przewozowej albo dogadać się z woźnicą, co nie zawsze było takie proste. Woźnica cieszył się ogromnym szacunkiem. Był świetnie wyszkolony w swojej robocie, dobrze znał trasę którą jechał i… przeważnie był może nie pijany ale na pewno „pod wpływem” 😉 Nie zmieniało to faktu, że powoził świetnie, potrafił naprawić zepsuty wóz i niczego się nie bał, niejednokrotnie ratując pasażerów z opresji. Zdarzało się bowiem, że dyliżans był napadany przez Indian czy pospolitych bandytów. Poza tym przyroda też nie była łaskawa. Podczas postojów bywało, że ktoś został ukąszony przez węża czy skorpiona.

Jazda trwała dzień i noc z przerwami co 10-12 mil, aby zmienić konie lub muły. Bywało, że woźnice zmieniali się co 50 mil na tzw. stacjach.

Dopiero rozwój kolei zrewolucjonizował podróżowanie po Stanach Zjednoczonych i spowodował śmierć dyliżansu.

Na zdjęciu: Dyliżans typu Concord. Fotografia z roku 1869