Opublikowano:

Mirki chciałabym opowiedzieć…

Mirki chciałabym opowiedzieć wam historię która wydarzyła się kiedyś mojemu ojcu

Pamięta ten dzień dzień jak mój ojciec, ze szklanymi oczami opowiadał tą historię. Mój ojciec to rodzony Poznaniak, razem z siostrą i rodzicami mieszkali na Górczynie. Wiedli normalne, spokojne życie. Robert (tak ma na imię) był zwykłym 19-latkiem który nie raz lubił wybrać się na rowerową przejażdżkę. Ba, przez półtora roku jeździł nawet w nieistniejącej już sekcji Warty Poznań (bez większych sukcesów).

Ojciec jak sam mówił, uwielbiał kiedy przychodziły wakacje. Pomagał dziadkowi w prowadzeniu jego komisu samochodowego. Czyli pucował auta, i grzebał przy jakiś prostych naprawach, lubił to. Często obserwował dziadka jak ten przyprowadza potencjalnych kupców i przekonuje do zakupu. Po pracy często grał z kumplami w nogę, a wieczorem nie wychodził na miasto by upijać się w nieskończoność, tylko po prostu wybierał się na rower. Prawie każdy ciepły wakacyjny wieczór spędzał na dwóch kółkach.

Jego nominalna trasa wiodła na jezioro Kiekrz, czyli oddalone o jakieś 20 km, które bez problemu można objechać rowerem. Jak sam mówił, brał ze sobą trzy rzeczy: latarkę (tą prostokątną, z okrągłym reflektorem) butelkę picia i parę złotych w razie gdyby musiał prosić kogoś by go podwiózł.

Dzień w którym wydarzyła się opisywana sytuacja okazał się sobotą. Dziadek sprzedawał wtedy dwa dorodne fiaty, a ojciec do południa sprzątał je, pucując na błysk. Po dwunastej miał jechać do domu by zrobić matce zakupy i zaprowadzić młodszą siostrę do kuzynki Aldony, przyszywanej córki żony brata dziadka z drugiego małżeństwa.

Zeszło mu jak mówił do 19. Ostatni jego tydzień był pełen pracy, więc sobota wieczór wydawał się być najlepszym momentem na chwile przejażdżki.

Wsiadł jak opisywał na swoją „Gazelle” i ruszył na zachód. Zachodzące słońce mocno dawało się we znaki, ale ojciec nie miał zamiaru zawracać. Bez żadnych przerw i na jednym tchu pokonywał 30 kilometrowe trasy.

Dotarł do Przeźmierowa, gdzie jak mówi mijał trzy wozy strażackie pędzące na sygnałach do pożaru stodoły. Oczywiście ruszył za nimi i w stronę unoszącego się dymu. Czuł żar ognia stojąc prawie 200 metrów dalej, a czas pędził i pędził.

Kiedy ocknął się, że zapada zmrok, wsiadł ponownie na swoją damkę i popędził w stronę Kiekrzu.

Mówił, że chyba nigdy tak szybko nie pędził, a jego przednia i tylna lampa napędzana dynamem nigdy nie świeciły tak mocno. Było pusto, głucho i cicho.

Jeszcze bardziej pusto głucho i i cicho zrobiło gdy zjechał z głównej drogi, by lasami przemierzyć drogę powrotną do Poznania.

W momencie kiedy wjechał w głąb lasu, słyszał tylko cichy furkot obracającego się dynama. Sytuacja pogorszyła się, gdy przednia żarówka w „Gazelle” postanowiła się po prostu spalić, a ojciec został zdany światło księżyca, które przez korony drzew docierało do ścieżki oświetlając ją tylko momentami. Dróżka wyglądała jak szwajcarski ser.

„Lampka od dziadka uratowała mi skórę” – mówił, po czym dodał – „nie wyobrażacie sobie, jaką radochę miałem jak zadziałała, była ciężka i nie wygodna, ale chociaż coś widziałem”.

I tak szosowym tempem ojciec przemierzał lasek w golęcinie. Pod kołami było słychać trzask łamanych gałęzi, i pluskanie małych kałuż pozostałych po ostatnich ulewach. Liście mieniły się pod światłem latarki na wyblakłą ciemną zieleń, choć nagle jakieś 10 metrów dalej z spod skarpy wyłoniła się „mała kupa liści”.

„Nie widziałem co jest przede mną, ale widziałem tylko kontury kształtu, jakieś drobiazgi, to coś wchodziło ze skarpy, wdrapywało się na drogę, na ścieżkę” – „z początku myślałem, że to jakiś dzik, przyśpieszyłem, żeby to cholerstwo ominąć, ale musiałem uważać, bo przed sobą miałem potężną kałużę której nie mogłem ominąć”.

„Podjeżdżałem bliżej, słysząc już, że to coś wydobywa się na ścieżkę, wdrapuje się, i nagle dosłownie wstaje jak człowiek siedzący po turecku, po czym wskazało na mnie palcem i powiedziało cichym głosem: prze-przepraszam,t-a-a-m kt-oś l-l-le-ż-ż-y” – wskazując w dół skarpy.

„Było cholernie ciemno, jak to wyglądało? Nie świeciłem latarką w to, ale na barkach miało jakby liście, to tak jakby taki sweter, albo bluza przyozdobiona dużą ilością liści, to coś wyłaziło z wielkiej kupy liści więc miało wiele liści na swoim ubraniu”

„Skurwiel był przekonujący, a ja przerażony, ale jeśli tam ktoś jest to musieliśmy mu pomóc. Wziąłem latarkę i zacząłem świecić w dół, patrząc na kupę krzaków i wody z zieloną wyblakłą rosą i co najmniej drugą kupą w gaciach”

„Grunt był cholernie grząski, a skarpa nie taka mała, w końcu podwinąłem skarpety najwyżej jak sie dało do kolan, żeby nie wleźć w jakieś cierniste krzaki, nadal świecąc w dół, powiedziałem, że gdzie, i że idziemy” – a on na to: t-o t-aa-m n-i-sss-ko

„Odgarniałem kolejne liście i gałęzie schodząc na dół, widziałem może 3-4 metry dalej, ale za cholere nie widziałem nikogo w dole, ani nikt nie wołał pomocy. Z tyłu słyszałem tylko szeleszczące liście, ale gdy się obróciłem, to kurwa nikogo tam nie było. Ciemno, zielonkawa postać po prostu rozpadła się na części. Akcja działa się szybko, obróciłem się mając tonę gówna w gaciach łapiąc się jakiegoś spróchniałego drzewa, i potknąłem i chyba zacząłem po prostu lecieć w dół”

W Poznaniu natomiast mój dziadek wrócił do domu. Nie zastał jednak tam całej rodziny, a jedynie swoją żoną (moją babcię) która była nieco zaniepokojona, że mój ojciec (ich syn) nie wrócił od kuzynki. Dlatego też, o 23 ojciec zaczął go szukać. Wsiadł w swojego Poloneza Caro (jedno z lepszych aut na tamte czasu w Poznaniu) i ruszył na poszukiwania.

Dziadek wrócił o godzinie 2, z nadzieją, że mój ojciecj już wrócił do domu. Jednak zastał tylko zapłakną żonę która ściągała swojego brata i jego synów do szukania mojego ojca.

Dochodziła godzina 4 kiedy w końcu dziadek znalazł mojego ojca w głębi lasku (wiedzieli gdzie jeździł), który miał siedzieć przy ścieżce wyziębiony uwalony w zielonej mazi w mokrych ubraniach. Ojciec nie potrafił zupełnie wyjaśnić jak się tam znalazł, pamiętał tylko to co opisałam wcześniej.

Do dziś ojciec opowiada to co się stało tego dnia na rodzinnych spotkaniach. Mówi ze szklanymi oczami, wypełnionymi przerażeniem i zaciekawieniem co dokładnie stało się tamtego wieczoru.

Mieliście podobne doświadczenia? Nie macie wrażenia, że w lasach żyje coś więcej niż widzimy?

#kosmici #paranienormalne #zjawiskaparanormalne #poznan #historia #opowiesc #ciekaweciekawe #rodzice #ufo #duchy #rower #rowery #sport #ciekawostki

Opublikowano:

#slask #gornyslask…

#slask #gornyslask #powstaniaslaskie #historia #ciekawostkihistoryczne

Czy 100 lat po powstaniach Polska nadal przedkłada wykreowane mity nad fakty historyczne?

Szperając w materiałach o III powstaniu śląskim natrafiłem na moim zdaniem niezłą ciekawostkę.

TL;DR

pokaż spoiler Z okazji 100 lecia III powstania śląskiego, na lokalnym cmentarzu w Dobrodzieniu wyremontowano zbiorową mogiłę poległych powstańców. W ramach tych prac miano ustalić i ogłosić nazwiska poległych, czego nie zrobiono. Sęk w tym, że symbolika grobu oraz dane historyczne (a raczej ich brak) wskazują na to, że jest to niemiecka mogiła, prawdopodobnie mieszkańców Dobrodzienia walczących przeciw powstańcom.

W artykule Waldemara Gielzoka o walkach w Dobrodzieniu przeczytałem następujący fragment.

Stoję nad tym grobem w Dobrodzieniu, który jak się okazuje, jest pustym grobem, bo nikt z poległych wtedy po stronie wojsk powstańczych nie został tu pochowany. Wszyscy leżą na rodzinnych cmentarzach. Nawet ich liczby nie znamy, chociaż są dokładne listy poległych sporządzane każdego dnia przez powstańców. Jeśli im wierzyć, to były to tylko te dzieci. Przychodzi mi myśl, że w Chrześcijaństwie pusty grób to symbol Zmartwychwstania i zwycięstwa prawdy. A czego symbolem jest pusty grób w Dobrodzieniu? Jakiś gość wyrwał mnie z zadumy nad symboliką grobów i powiedział mi, że miasto dostało teraz kasę na to miejsce upamiętnienia i będą ją wydawać. Słucham go jednym uchem i patrzę na symbolikę żelaznego krzyża w ogrodzeniu tego grobu, która jest typową symboliką wojennych grobów niemieckich. Żelazne krzyże rozdziela stylizowany symbol starogermańskiej runy algiz, która w mitologii germańskiej symbolizowała ochronę zmarłych, boskość, wszech-jedność, opiekę. Jestem przekonany, że to musiał być grób niemiecki. Więc zapytałem o to tego pana. Ten zaś po chwili milczenia mi powiedział, że to pewnie był grób obrońców Dobrodzienia, bo tacy polegli i ich pewnie tu pochowano i że wszystko wskazuje na to, że po wojnie w 1946 r. władza polska przerobiła grób niemieckich obrońców miasta na grób powstańców. Tyle że zostawili symbolikę żelaznych krzyży i runy algiz, bo się nie znali na tym, że to jakaś niemiecka symbolika. Poza tym ci, którzy to wiedzieli, i tak zostali zamordowani w 1945 r., a jak ktoś przeżył i uszedł przed deportacją, to i tak skończył w katowniach UB lub obozach bezpieki. Więc, kto niby miał to wiedzieć…

Ciekaw byłem jak wygląda mogiła przed i po renowacji i ku mojemu zdziwieniu pozostawiono, żelazne krzyże obok powojennej tablicy upamiętniającej poległych powstańców. Przy okazji zwracam uwagę na tragiczne wykonanie tych kilku betonowych słupków za jedyne 35 tys. zł: https://dobrodzien.pl/3501/ocalic-od-zapomnienia-odnowienie-grobu-powstancow-slaskich-w-dobrodzieniu-bohaterow-walk-o-dobrodzien.html

Z opisu możemy m.in. przeczytać, że:

Prace będą polegały na odnowieniu miejsca spoczynku poległych 5 maja 1921 roku Powstańców Śląskich. Miejsce to w chwili obecnej jest w bardzo złym stanie technicznym i wymaga pilnego remontu. Dodatkowo, zakłada się pozyskanie szerszych danych na temat poległych Powstańców oraz podjęcie próby odnalezienia nazwisk poległych. W tym celu nawiązana zostanie współpraca z lokalnymi historykami, organizacjami i instytucjami, posiadającymi wiedzę w tym zakresie. W przypadku odnalezienia informacji o osobach pochowanych w grobie, planuje się zorganizowanie konferencji prezentującej wyniki kwerendy.

Nie wiem jak wyglądały te konsultacje z historykami, ale brak refleksji nad symboliką grobu jest rozbrajający. Żadnych nazwisk, ani raportu z tej części prac nie znalazłem. Zaciekawiła mnie jednak niemieckość grobu powstańców i oto co udało mi się wygrzebać.

Paweł Mrozek we wspisie przytacza m.in. następujące teksty źródłowe.

Jerzy Jaros (red.), w „Lubliniec. Zarys rozwoju powiatu”, Katowice 1972, s. 166–167 napisał, że […] Padł dowódca kompanii z Woźnik, Wilhelm Maksyś oraz siedmiu ochotników, uczniów gimnazjum z Częstochowy”

Josef Dornhof w artykule „Nochmals die Zeit vor 50 Jahren” [Loben-Guttentager Kreisblatt, nr 5/1971] zanotował wspomnienia mieszkanki Dobrodzienia – Trude Draß z domu Sbroja […] Gdy tylko wielu Polaków znalazło się w mieście, zaczęli plądrować sklepy, a czasem także mieszkania. Każdy, kto stawiał opór, był rozstrzeliwany. I tak w ten Czarny Piątek w Dobrodzieniu, na Lublinitzer Strasse zginęła pani Wittek, na Feldstrasse pani Tröger, pan Schnappka z policji i jeszcze ktoś, kogo nazwiska już nie pamiętam. Ci zmarli byli potem pochowani w tym samym rzędzie, w którym leżała moja babcia, która zmarła nieco wcześniej, i dlatego to zapamiętałam. Groby te jednak już dawno zostały zniwelowane.

Powstańców poległych 5 i 6 maja, przewożono do miejscowości, z których pochodzili. W Dobrodzieniu zachowała się lista poległych, w tym gimnazjalistów, którzy walczyli w plutonie „sienkiewiczaków” a zostali pochowani na cmentarzu św. Rocha w Częstochowie. Listę zestawił Teodor Walczak – przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej w Dobrodzieniu w 1945 roku. Zawiera 13 nazwisk poległych i 3 bezimiennych. Więcej o poległych powstańcach z Częstochowy (w tym uczniach częstochowskich szkół) przeczytamy w: Praca zbiorowa pod red. J. Sętowskiego „Częstochowa i region wobec powstań śląskich 1919–1920–1921. Miejsca – Ludzie – Wydarzenia”, Częstochowa 2020.

Wygląda na to, że liczba poległych powstańców różni się, ale większość z nich pochodziła z Częstochowy i to tam ich pochowano. Tutaj warto dodać, że powstańcy zajęli Dobrodzień na miesiąc i gdyby chcieli mieli odpowiednią ilość czasu na profesjonalny pochówek swoich poległych na miejscu. Wszystko jednak wskazuje na to, że nie pozostawiano poległych na terenach poza linią Korfantego, które nie miały być obszarem Polskich żądań.

Co prawda w kolejnym wpisie Paweł Mrozek na podstawie skanu z parafialnej księgi zgonu pisze o kontrofensywie niemieckiej, która miała miejsce kilka tygodni później:

28 maja 1921 dwóch powstańców, którzy padli na froncie w Zębowicach [Zembowitz], zostało pochowanych na cmentarzu św. Walentego w Dobrodzieniu (oraz 10 czerwca – 1 poległy powstaniec).

Jednakże, tak komentuje to Michał Bartosiak:

Ten skan jest w filmach z cyklu „Śląska Kronika”. Ukazuje on fragment niechronologicznego wpisu w parafialnej księdze zgonów, a na dodatek na dolnym marginesie. Opinia grafologiczna była miażdżąca – „wpis dokonany innym pismem niż wcześniejsze i późniejsze”. Szczególnie to słowo „powstaniec” jest w tym miejscu niczym kwiatek do kożucha. Księgi parafialne to nie prywatny pamiętnik farorza. Dokonywane w nich wpisy podlegały ścisłym rygorom w tym językowym. Nie można niczego dopisywać na dolnym marginesie wstawiając między kolidujące ze sobą daty. Znający język polski ks. J. Gladisch objął parafię znacznie później, bo w 1922 r. Czyżby już pan PM zapomniał, o czym sam pisał w „Echu Dobrodzienia” w grudniu 2011 r.? Niemiecki ksiądz nie mógł i nie miał żadnego interesu wpisywać po polsku słowa „powstaniec”. Przekonanie graniczące z pewnością wskazuje, że fałszerstwa dokonano po wojnie w zamiarze wykazania istnienia powstańczej mogiły, jaka komunistom była potrzebna do zorganizowania uroczystości ku czci III powstania. […]

Wracając do poległych pod Zębowicami i twierdzeniu, że pogrzebano ich na dobrodzieńskim cmentarzu, trudno dać temu wiarę. Po pierwsze skorzystałem ze wskazówek zawartych w filmach i dokonałem kwerendy w archiwach. Znalazłem dowody na pochówki w Woźnikach, Częstochowie czy Lublińcu, ale nie znalazłem ich w Dobrodzieniu. Kontaktowałem się z autorem filmów.

Z jakiej przyczyny poległych pod Zębowicami miano przewozić celem pochówku do Dobrodzienia. Jednak prosta logika podpowiada, że skoro powstańcy zajęli Zębowice, a tam jest cmentarz, to nie było uzasadnienia przewożenia zwłok. W dodatku pan PM nie uzasadnia powodu, dla którego w warunkach trwającego konfliktu, zamiast pogrzebać poległych na miejscu transportowano ich do niemieckiej enklawy.

Powstały również 2 filmiki na ten temat (możliwe, że tego samego autora)


Trochę chaotyczne, ale przytaczne w nich są kolejne fakty i dokumenty (czasem warto słuchać, a czasem prześledzić przedstawiane dokumenty).

PRL na Śląsku wielokrotnie fabrykował dowody na odwieczną polskość tych ziem. Zawsze ze szkodą dla ludzi, historii i zabytków. Wiele wskazuje na to, że wolna Polska, mimo wielu cmentarzy niemieckich, również poległych podczas II w.ś. żołnierzy Wermachtu, nie jest w stanie upamiętnić kilku poległych mieszkańców, którzy odważyli się 100 lat wcześniej przeciwstawić jej zamiarom. Zamiast tego wpisuje się w komunistyczną retorykę wykorzystywania ich mogiły do własnych celów.